Pata Negra

Pierwszy raz do Rode przyjechałem w wieku 18 lat i od razu poczułem się jak w wiosce Spartan. Idąc w skały mijało się samych napakowanych i opalonych gladiatorów. Wydawało się, że co drugi uciekł z planu „300”, brakowało im tylko hełmu i włóczni. Chwilę później, po zejściu do doliny sytuacja się nieco wyjaśniła. Patrząc po raz pierwszy na morze przewieszeń i dachów przecinających porozrzucane po okolicy groty zrozumiałem, że bez tych wielkich bicepsów i kaloryferów niemal niemożliwe wydaje się poruszanie po tutejszych drogach.

Las Ventanas Del Mascun. Wzdluż dachu z prawej strony biegnie Pata Negra

Las Ventanas Del Mascun. Wzdluż dachu z prawej strony biegnie Pata Negra

Taktyka zawsze była jednak moją mocną stroną, więc dość szybko odepchnąłem na dalszy plan kompleksy (ja, jurajski chudzielec) i sprawnie obrałem cele na ten i przyszłe wyjazdy. Żadne tam atletyczne dachy tylko średnie przewieszenia i wytrzymałościowe maratony. I tak lata mijały, a do mnie dotarło, że nie tędy droga. Zamiast jeździć do Ceuse i Oliany polubiłem „Ventanasy”, Sperlonge, lodówki w Ospie, a na Jurze Mamutową. Zrozumiałem, że trening i rozwój sportowca powinien wychodzić od słabych stron, a moim mottem stały się takie banały jak „jeśli musisz robić coś czego nie lubisz, to najlepiej to pokochaj”. No dobra, zawsze lubiłem przewieszenia ale nie bez przyczyny moje pierwsze VI.7 było na Cimach 😉

Drugi, najtrudniejszy bulder. Próba z zeszłego roku. Fot. Maciek Ostrowski

Drugi, najtrudniejszy bulder. Próba z zeszłego roku. Fot. Maciek Ostrowski

Ale do rzeczy. W czasach gdy już sprawnie przemieszczałem się po drogach z okolic 8b-8b+, nawet w Rodellarowych przewieszeniach, słynna Pata Negra nadal wydawała mi się czymś nie do zrobienia. No bo niby jak miałbym pokonać 35 metrowy dach i to w okolicach mojego maksa. A jednak. Obliczenia (2x 8c, kilka VI.7 w tym jedna w dachu) skłoniły mnie 2 lata temu do „kontrolnych” wstawek. Droga okazała się dokładnie taka jak przypuszczałem. Trudna i nie w moim stylu. Ale nie poza zasięgiem. Niestety była to już końcówka wyjazdu, plan był zrealizowany, a te kilka wstawek w Pate traktowałem raczej jako zasiew pod przyszłoroczne zbiory.

Trzeci z ostatnich pięciu ruchów. Próba z zeszłego roku. Fot. Maciek Ostrowski

Trzeci z ostatnich pięciu ruchów. Próba z zeszłego roku. Fot. Maciek Ostrowski

Rok temu, po 2 tygodniowym pobycie w Tarnie (to był pierwszy błąd!) ląduję pod Patą żeby się dowiedzieć, że urwały się dwie klamy. W pierwszym i drugim baldzie. Ale co z tego?! Przecież teraz jestem gotowy, silny i nawet stojąc w oddali i w odpowiednim świetle mógłbym odegrać jednego z „300”. Tego najchudszego, zwiadowcę. Nie czekając zabrałem się do roboty i już po kilku wstawkach zacząłem zbliżać się do sukcesu. W okolicach 10-12 próby przyszedł super warun, a ja spadłem nieopodal kończącej trudności klamy (aka „wafel”). Niestety, warun odszedł, a z nim forma i pewność siebie. W najlepszej próbie „pacnąłem” wafel i wiedziałem już, że więcej z siebie nie wyciągnę (błąd nr2).

Wejście w końcową sekwencję. Fot. dhclimbing.com

Wejście w końcową sekwencję. Fot. dhclimbing.com

Jak już się domyślacie koniec tej przydługiej historii miał miejsce w tym roku, a dokładnie przedwczoraj. Lądując w Rodeo już pierwszego dnia spadam 4 ruchy od wafla i w każdej kolejnej próbie dokładam po jednym ruchu, by w końcu, z lekkim spokojem (nie mylić z zapasem!) zajebać do wafla 😉 Jeszcze tylko 10min na ostatnich 5 metrach ( tętno 190) i wpinam się do łańcucha…

Mała część dużej, tegorocznej ekipy w Rode. Oglądamy Puchar Świata ;)

Mała część dużej, tegorocznej ekipy w Rode. Oglądamy Puchar Świata 😉

Wielki okrzyk radości, ogromny banan na gębie i zjeżdżam na ziemię. Już mam iść zbijać piątkę z ekipą gdy nagle wszystkie te emocje, począwszy od pierwszego spojrzenia 12 lat temu, przez stwierdzenie „paty to nigdy nie zrobię”, pierwsze próby, minięcie się z gąską rok temu, walenie serca przed każdą próbą w tym roku i wszystkie pytania przed wyjazdem („ale patę to zrobisz, co nie?”), powodują jakieś zwarcie w korze mózgowej i zaczynają mi płynąć łzy… Serio, z tej strony nawet sam się jeszcze nie znałem 😉

Pata Negra 8c RP. Choć po wspomnianych obrywach raczej nieco więcej, 8c/c+ wydaje się odpowiednie (konsultując temat z lokalsami i innymi aspirantami/pogromcami linii) biorąc pod uwagę, że większość mojej walki z drogą nie była bojem fizycznym, a raczej zmaganiem mentalnym. Nie życzę nikomu z Was tak ciężkiej przygody z drogą, ale na pewno te 5min po wpięciu do łańcucha jest obecnie najcenniejszym wspinaczkowym doznaniem jakie mi się przytrafiło.

No i na koniec podziękowania! Dla najlepszej polsko-hiszpańsko-słoweńsko-międzynarodowej ekipie dopingującej na Ventanasach! To ten doping uczynił przejście tak magicznym. Maćkowi i Piotrkowi za super zdjęcia. Sponsorom za wsparcie, no i mojej ukochanej Ewci za to, że tuż przed pójściem na opalanie zaczekała chwilę by obejrzeć wstawkę ❤ I od początku we mnie wierzyła.

;)

😉

 

Siurana- krawądkowe eldorado

Słynna Siurana, z czym Wam się kojarzy? Bo mnie do tej pory kojarzyła się z technicznym, krawądkowym wspinaniem po kilkudziesięciometrowych klifach. Wyobrażałem sobie, że asekurant zazwyczaj stoi tam nad przepaścią albo wręcz wisi przyaucony do ściany. Że wspinacz miotany huraganowym wiatrem musi przedzierać się przez nieskończenie długie pionowe płyty, na których każdy chwyt odmienny od milimetrowej krawądki można uznać za odstępstwo od normy. I wreszcie, poruszony zdjęciami kolegów wyobrażałem sobie, że nie da się stamtąd wrócić bez całej galerii pięknych zdjęć, bo Siurana mieści się w jakimś niesamowicie malowniczym, nieco górskim zakątku Katalonii… I wiecie co? Wszystkie skojarzenia były słuszne 🙂

Klify Siurany w całej okazałości

Klify Siurany w całej okazałości

Niestety punkty o długich pionach i asekuracji nad przepaścią od lat skutecznie zniechęcały do wyjazdu moją drugą połówkę. Postanowiłem więc uciec się do podstępu. Dokładnie rok temu, podczas wizyty ze wspomnianą niewiastą w nieodległym Margalefie, wspiąłem się na wyżyny przebiegłości i zaproponowałem restową wycieczkę na zwiedzanie Siurany. Pierwsza część planu przeszła bez zakłóceń, pozostało jeszcze oświadczyć się nad przepaścią (wiadomo czym groziłaby odmowa) i już wiedziałem, że argument: „Kochanie przecież tam Ci się oświadczyłem, trzeba tam wrócić, z sentymentu!” skutecznie zadziała na moją korzyść przy propozycji wyjazdu na tegoroczną majówkę 😉

<3

No i udało się. Lądujemy w Barcelonie, wypożyczamy samochód za całe 9euro/dzień (sic!) i nieco ponad godzinę później logujemy się na wynajętej kwaterce w Cornudella de Montsant (6km od skał). Z kwestii praktycznych wspomnę, że do wyboru macie jeszcze bazę u Pazura i camping oraz refugio w samej Siuranie. Mały sklepik spożywczy znajdziecie w Cornudelli, a na większe zakupy warto przejechać się do Reus (30min).

Van life ;)

Van life 😉

A jak nasz wyjazd? Udany na 110%. Mimo nadal kontuzjowanego palca (pisząc te słowa jestem dzień po zabiegu wstrzykiwania sterydu) i mocno krawądkowego charakteru wspinania Siurana okazała się dla mnie łaskawa. Plan na ten zaledwie tygodniowy wyjazd zakładał „poruszanie się”, a wyszło całkiem porządne wspinanie. Nie sprawdziły się również apokaliptyczne prognozy i przez większość dni towarzyszyło nam słońce i przyjazne do wspinania temperatury (18-20stopni).

Na dachu Refugio

Na dachu Refugio

Wracając jednak do pierwszego akapitu tego wpisu, rozwinę jeszcze nieco opis samego rejonu. Kilkudniowa wizyta nie robi ze mnie oczywiście kustosza, a sektory które odwiedziliśmy to zaledwie ułamek całego wspinania w tym Hiszpańskim rejonie, pokuszę się jednak o lekką charakterystykę tego magicznego miejsca. Pamiętajcie, że jest to blog osobisty i wszystkie opinie są mocno subiektywne. W razie czego – zapraszam na do dyskusji w komentarzach tutaj lub na fb 🙂

Typowa Siurana

Typowa Siurana

Po pierwsze – krawądki! Tak jak istnieje Yin i Yang, tak w Katalonii mamy Margalef i Siuranę. Pierwszy rejon to głównie dziurki, duże przewieszenia i siłowe wspinanie. Drugi, krawądki, piony i nacisk na technikę. Być może ze względu na tę różnorodność popularne jest wspinanie się na przemian w jednym i drugim rejonie. Ciężko wtedy o nudę. Po drugie – raczej krótkie podejścia i emocjonujące miejscówki do asekuracji. Jeśli planujecie zabrać dzieci to sugeruję kupić im porządną lonżę 😉

Siuranella - tutaj zabierz lonżę!

Siuranella – tutaj zabierz lonżę!

Po trzecie – wiatr! Prowadząc Kale Borroke udało mi się doświadczyć dwóch nowych doznań. Po pierwsze nigdy w życiu nie zrobiłem trudnej (8b+), 40metrowej drogi w pełnym słońcu (i to w maju w Hiszpanii), bez najmniejszej kropli potu. I nie chodzi tu bynajmniej o mój szatański zapas tylko doskonałe warunki panujące w rejonie. A wynikały one z…. huraganowego wiatru! I tutaj druga nowość. Po raz pierwszy wspinałem się w tak silnym wietrze. Od połowy drogi czułem się jak w środku tornada. Magnezjowanie sprawiało trudność, bo woreczek odwracał mi się do góry nogami i lądował gdzieś w okolicy łopatek. Owiewający mnie wiatr i towarzyszący mu hałas przeniosły mnie wręcz do alternatywnej rzeczywistości, gdzie nie byłem w stanie do końca ocenić czy jestem zbułowany czy świeży, bo bodźce dobiegające z organizmu zagłuszane były przez wichurę. Na szczęście znanym efektem towarzyszącym wiatrowi jest turbo warun, dzięki czemu – pomimo słońca – krawądki w cruxie trzymały nad wyraz dobrze, a przejście drogi określiłbym jako: „na lekkim zapasie”.

El Pati, na pierwszym planie (z profilu) La Rambla, na drugim Kale Borroka

El Pati, na pierwszym planie (z profilu) La Rambla, na drugim Kale Borroka

I ostatnia sprawa. Jeśli jedziecie do Siurany, zabierzcie aparat! Albo przynajmniej wymieńcie smartfona na nowszy. Miejsce jest naprawdę przepiękne!

Trudniejsze z pokonanych dróg (RP):

– Kale Borroka, 8b+, sektor El Pati – Jeden z największych ósemkowych klasyków Siurany. Trzydziestometrowa rysa w dużym przewieszeniu doprowadza nas pod danie główne – czteroruchowy, krawądkowy (a jakże) boulder w lekkim przewieszeniu. Must do w tym stopniu i moje małe marzenie od wielu lat. Na szczęście poddała się już trzeciego dnia. Na całość lina 80m starcza na styk 🙂

– Zona 0, 8b, sektor El Pati – W nowym topo 8a+, chyba niesłusznie, choć zdecydowanie nie zaliczył bym jej do trudnych w tym stopniu. Może 8a+/b? Klasyczna Siurana. 35metrów w lekkim przewisie po małych krawądkach. W drugiej próbie spadłem pod stanem, najgorzej!

La cara que no miente, 8a+, sektor L’Olla – Jedyna tufa jaką zobaczyłem przez cały wyjazd, nie mogłem się nie wstawić ;). 10 metrów, kilka ruchów po tufie i bańka do Klamy. Pycha!

P.S.

Wybaczcie tę półroczną przerwę. Powodów mniejszej aktywności na blogu jest bardzo dużo, ale jako najważniejszy wskazałbym zwiększone zaangażowanie w fanpagea na fb. Tam też znajdziecie skrótowe zaległości z tych paru miesięcy. A działo się, zapraszam! Klik

 

Zmiany, zmiany, zmiany…

A raczej „rozwój, rozwój, rozwój” ale to by słabo brzmiało na tytuł posta 😉 Od razu zaznaczam, że wpis będzie długi i podzielony na dwie części. Pierwsza część bardziej auto-promocyjna, druga nadrabiająca zaległości wspinaczkowe.

Foto z zeszłego tygodnia w Ospie

Foto z zeszłego tygodnia w Ospie

Chyba najważniejszym dla mnie wydarzeniem od ostatniego wpisu był początek współpracy z Mitsubishi Motors Polska i start projektu Cztery Żywioły. Wraz z czwórką wspaniałych sportowców (Victor Borsuk, Irena Stangierska i Oskar Barański) zostaliśmy ambasadorami Mitsubishi. Co się z tym wiąże? A no każde z nas dostało pięknego nowego pickupa L200 w kolorze i wersji odpowiadającej przypadającemu mu żywiołowi. Mnie przypadł brązowy Mitsu z pakietem earth edition. Czyli żywioł ziemia. W końcu skaly wyrastają z ziemi 😉

Na tym jednak nie koniec! W efekcie współpracy z Mitsubishi powstało sporo materiałów do projektu Cztery Żywioły. Na czoło wysuwa się oczywiście kilkuminutowy film nagrany wraz z ekipą sport.pl na naszej polskiej Jurze, ale polecam też kliknąć TUTAJ i przejrzeć pozostałe materiały (wywiad, kilka zdjęć i moich porad).

Moja nowa fura ;), fot. Franek Przeradzki

Moja nowa fura ;), fot. Franek Przeradzki

Ogłoszenie numer dwa: założyłem fanpage na fejsie! Tak, tak, parę lat temu ktoś mi powiedział – „w dzisiejszych czasach trzeba mieć bloga” i jak powiedział tak zrobiłem. Niestety, social media ewoluują szybciej niż się to wydaje i niedługo później ta sama osoba powiedziałaby pewnie „Nie masz fanpage’a?! Ale lamus.”. No więc poszedłem z duchem czasu. Założyłem profil „sportowca” na fejsie i jak się zapewne sprawniejsi obserwatorzy zorientowali, ucierpiał na tym blog. No cóż, ojca oszukasz, matkę oszukasz, ale życia nie oszukasz. Obiecuję jednak, że będę się starał zachować rozsądny balans pomiędzy tymi dwoma mediami. Na fb krótkie newsy, na blogu dłuższe wpisy, relacje, przemyślenia itp. Aha, wspomnianą stronkę znajdziecie w panelu bocznym po prawej stronie, lub TU.

 

No i w końcu czas na zaległości wspinaczkowe! Od powrotu z wakacji minęły już ponad dwa miesiące, więc i newsów się trochę nazbierało.

Pierwszy weekend po 6tygodniach łojenia 30-40metrowych dróg przypadł na Zakopane i Puchar Polski w Boulderingu. Wiem, słabo to rozegrałem 😉 Jednak nie najmocniejszy skład i umiejętności techniczne (bo siły to po wakacjach nie miałem nic) umożliwiły mi dotarcie na nie najgorsze siódme miejsce. Potem było dużo deszczu, który jednak łaskawie nie padał non stop, więc udało mi się wdrapać na kilka ciekawych dróg:

Mechanika Pręta Cienkiego VI.6+/7 – w zasadzie formalność, bo jako stały bywalec Mamutowej znałem wszystkie ruchy z tej siłowo – wytrzymałościowej propozycji.

Lukrecja Borgia VI.6 – dość świeża propozycja Jastrzębnika. Autor – Waldek Podhajny zaproponował 5+/6, ale linia zdecydowanie zasługuje na upgrade do cyfry nadanej sąsiedniemu Mrocznemu Widmu. Ruchy niby łatwiejsze, ale ciąg zdecydowanie większy. No i przede wszystkim droga na pięć gwiazdek!

Gorączka Sobotniej Mocy VI.5+, Popielarka – kute i siłowe ale jednak fajne, bo w sporym przewieszeniu i ekspozycji.

Peleton VI.5+, Kołoczek – Trudna do opisania linia. Wiedzie trawersem, częściowo w przewieszeniu, częściowo w połogu, trochę westowa, a trochę jurajska. Jest i miejsce rodem z balda po paczkach. No i trudności siłowe skumulowane na ostatnim ruchu z oblaczka. Raczej łatwa, ale i godna polecenia.

Gosia na Gorączce Sobotniej Mocy

Gosia na Gorączce Sobotniej Mocy

Sara na Ataku Glonów (Lukrecja idzie jedną linię w lewo)

Sara na Ataku Glonów (Lukrecja idzie jedną linię w lewo)

Później znowu zaczęło padać, więc pojechałem na Mistrzostwa Polski w Prowadzeniu do Torunia gdzie się okazało, że trema to prawdziwy wróg zawodnika, a mój wynik był wręcz żenujący. No cóż. Muszę wyciągnąć wnioski i popracować trochę nad ponoć najważniejszym mięśniem – głową.

I ostatnia zaległość. Tygodniowy wypad do Ospu. Plan – zapoznać się z trudniejszymi propozycjami Misji Pec. Zrealizowany w 100% i jak wszystko dobrze pójdzie to wrócę tam na Sylwestra (5 rok z rzędu!). Dodatkowo udało mi się też uporać z hardą 8b – Pikovą Damą. 30m ciągu z cruxem pod samym łańcuchem. Polecam 😀

Pikova Dama, fot. Piotrek Deska

Pikova Dama, fot. Piotrek Deska

"Trudniejsza propozycja" Misji, fot. Maciek Ostrowski

„Trudniejsza propozycja” Misji, fot. Maciek Ostrowski

Tarn i Rode – zestaw klasyczny

Tegoroczny wakacyjny trip odbył się pod tytułem „Jak za dawnych lat”. Co prawda załoga w aucie nie składała się z samych kawalerów, tylko z dwóch par, zamiast w krzakach mieszkaliśmy na campie w naszych willach z decathlonu, a na obiad częściej od tuńczyka z makaronem jadaliśmy krewetki w winie. Podobieństwa jednak nie dało się nie dostrzec. Po pierwsze plan wyjazdu. Wakacyjną podróż do Rodellaru z przystankiem w Tarnie odbyłem po raz pierwszy 10 lat temu. Oba miejsca od razu stały się moimi ulubionymi rejonami, a wspomnianą trasę powtarzałem jeszcze trzykrotnie. Drugie istotne podobieństwo to długość tripa. Powyżej miesiąca poza domem byłem tylko raz, 8 lat temu, na wakacyjnym tripie Tarn – Rode 😉 Zarówno wtedy, jak i tym razem w skałach spędziłem całe sześć tygodni!

Julka na 7a w Tarnie

Julka na 7a w Tarnie

Z racji licznych wizyt, zarówno Gorges du Tarn jak i Rodellar stały dla mnie wyjątkowymi miejscami. W Tarnie pokonałem swoje pierwsze westowe 8a i 8b RP, a w Rode 8c. Tegoroczna wizyta również dużo dla mnie znaczyła. Do francuskiej doliny wracałem po 4 latach przerwy, na zupełnie innym poziomie sportowym. Nie trudno się pewnie domyśleć, że miałem wobec siebie naprawdę spore oczekiwania. W planie było szybkie RP i walka o 8a+ OS. Nie często to mówię, ale tym razem plan zrealizowałem w 100%.

Morze skały w Tarnie, widzicie wspinacza?

Morze skały w Tarnie, widzicie wspinacza?

Nieco inaczej sprawa ma się z Rode. Wyjeżdżając stamtąd rok temu opowiadałem naokoło, że do Perły Aragonii to w najbliższych latach raczej nie wrócę. Na szczęście – jak mówią –  tylko głupi nie zmienia zdania i już wiosną tego roku wiedziałem, że bez rogalików na Mascunie, wyprawy na Pisciniete, kąpieli przy Cafe Solo, „wspinaczki” na Ventanasy czy słynnej Fiesta de Rodellar wakacje nie będą smakować równie dobrze :] Teraz wiem, że drugi raz tego błędu nie popełnię, więc od razu zapowiadam – do Rode wrócę najszybciej jak się da! Szczególnie, że zostały mi tam nie lada porachunki do wyrównania…

Jeden z najlepszych i najbardziej imponujących sektorów Rode - Las Ventanas del Mascun

Jeden z najlepszych i najbardziej imponujących sektorów Rode – Las Ventanas del Mascun

Poniżej lista trudniejszych przejść z wyjazdu:

L’odyssée de l’espace 8a+ OS, Tarn – pierwszy onsight w tym stopniu, 45 metrów wspinania. Pierwsze 35 poszło gładko, walka rozegrała się na ostatnich metrach, bez magnezji na chwytach i w naprawdę mocnym wietrze. W kluczowym momencie zacząłem na głos się na siebie wydzierać, żebym nie próbował odpuścić i cisnął do końca. Na szczęście byłem na tyle wysoko, że nikt tego nie słyszał, bo scena musiała wyglądać dość komicznie.

Tennessee 8b RP, Tarn – o drodze mawiają „najładniejsze i najtrudniejsze 8b na świecie”. 40 metrowy filar mega imponującego sektora o tej samej nazwie. Dla mnie marzenie od pierwszej wizyty w Tarnie. Trudności oscylują wokół 8b+ :]

Curry Poulet 8b+ RP, Tarn – czyli Kurczak Curry :] Ta niewinnie brzmiąca nazwa kryje za sobą wybitnej urody, dwudziesto ruchowy ciąg przechwytów w rzadko spotykanej formacji. Najpierw trawers po „pysznych” dziurach, niemal bez stopni, a na końcu super techniczny crux w filarze. Majstersztyk!

Astro Tarn 8a OS, Tarn – tak to czasem bywa, że najtrudniejsze onsighty wcale nie muszą mieć najwyższej cyfry. Dla mnie absolutnie największa walka w życiu. Czterokrotnie myślałem, że spadnę i za każdym razem cudem trafiałem w ukryty chwyt lub w ostatniej chwili ciało zmieniało pozycję ledwo unikając lotu. Niemal 50 metrów wspinania, zdecydowanie godna polecenia!

Detectives 8a OS, Rode – Z wyprawy na Piscinietę nie wypada wrócić bez wyniku 😉 Łatwa w swoim stopniu.

Botanics 8b/b+ RP, Rode – Duże chwyty, duży przewis, duży ciąg – typowy Rodellar i klasyk „Ventanasów”.

Le viagra c’est pas pour les bras 8b RP 2pr, Tarn – przeciętnej urody bulder na starcie, a potem 30 metrów terenu 7c. Podczas przejścia emocji dostarczył mi brak ekspresów w górnej części i niemal piętnastometrowy run out do stanu…

Gladiator 8b RP, Rode – Wciągnięta na otarcie łez ostatniego dnia wyjazdu. Specyficznej urody. Crux dość tępy, bo ulepionych chwytach. Co by jednak nie mówić – klasyk!

Maciek na "ekstremalnym" podejściu pod sektor L'Amphi w Tarnie

Maciek na „ekstremalnym” podejściu pod sektor L’Amphi w Tarnie

"Dobra chłopaki, to my dziś mocno napieramy!"

„Dobra chłopaki, to my dziś mocno napieramy!”

Mistrz we własnej osobie, legenda polskiego wspinania - Waldek Podhajny w Tarnie!

Mistrz we własnej osobie, legenda polskiego wspinania – Waldek Podhajny w Tarnie!

Taaaaka duża urosnę!

Taaaaka duża urosnę!

Julka na 7a

Julka na 7a

Maciek na 7b w Tarnie

Maciek na 7b OS w Tarnie

Gorące garnki bywają niebezpieczne...

Gorące garnki bywają niebezpieczne…

Beastmode - fot. Maciek Ostrowski

Beastmode – fot. Maciek Ostrowski

Alain Delon ;)

Alain Delon 😉

Rodellarowy lokals

Rodellarowy lokals

No i jak tu nie wracać? :)

No i jak tu nie wracać? 🙂

Piscinieta rejs

Piscinieta rejs

Batalion Skała i o pięknie tego sportu słów kilka…

17 lat wspinania, prawie połowa tego czasu kariery dydaktycznej, niezliczone wyjazdy i ponad 500 dróg od 7b w górę. Te dane pozwalają mi twierdzić, że dość dobrze poznałem mój ukochany sport, a jednak… mimo tego całego doświadczenia, wspinanie ciągle mnie zaskakuje. Czasami jest to jakiś kruczek techniczny, z pozoru nieistotna zmiana pozycji ciała i nagle arcytrudny ruch okazuje się banalny. Innym razem powala mnie niespotykana sekwencja w skale, stworzona tysiące lat temu przez matkę naturę. Nierzadko też zaskakują mnie moi podopieczni, w końcu analiza ich wspinania zajmuje mi więcej czasu niż zgłębianie własnych poczynań. Od jakiegoś czasu największe wrażenie robi na mnie jednak mnogość powiązań pomiędzy ciałem, a mózgiem wspinacza. A ujmując całe te rozterki w jednym zdaniu napisałbym, że zagłębiam się nad poszukiwaniem (utraconego?) wspinaczkowego flow.

Batalion Skała, fot. Maciek Ostrowski

Batalion Skała, fot. Maciek Ostrowski

Brzmi to może dość akademicko, ale nie bójcie się, nie będzie to przydługi, nudnawy tekst. No dobra, na pewno nie będzie przydługi, bo nudnawy to nie wiem. W każdym razie wracając do tytułu i ostatnich dni chciałbym się pochwalić przejściem dwóch trudnych dla mnie dróg. W zeszłą sobotę padło Przebudzenie Mocy na Jastrzębniku (VI.6+), a przedwczoraj uporałem się z dłuższym projektem na Pochylcu – tytułowym VI.7. Nie same drogi są jednak tematem tego wpisu, a bardziej mentalna walka, którą mimo sobotniego sukcesu, dzień później niestety przegrałem. Dla wyjaśnienia moich zawiłych przemyśleń przytoczę tu wydarzenie sprzed kilku tygodni. Otóż jakiś czas temu miałem przyjemność trochę poruszać się po baldach na Murallu, gdzie spotkałem się z iście mistrzowskim (Mechanior i Olo) komentarzem podczas mojej próby na jednej z przystawek.

m – Zobacz jak go telepie, nie zrobi

o – Zrobi, on ma taki styl…

Ewcia tuż po tym jak odnalazła flow i wciągnęła Odlot Proroka za VI.5 :)

Ewcia tuż po tym jak odnalazła flow i wciągnęła Odlot Proroka za VI.5 🙂

Ten styl – „telepie go, ale idzie” –  tak można by pokrótce opisać moje najbardziej niespodziewane sukcesy na drogach, sukcesy podczas których łapałem ów tajemniczy flow. Później niestety przyszły czasy filmików na instagramie, Alexa Megosa i Janka Hojera i gdzieś zacząłem zatracać ową umiejętność wspinania na 110%. Przecież ważniejsze jest, żeby pokazać zapas… Aż w końcu, w zeszłą sobotę wylądowałem na Jastrzębniku i zabrałem się za prowadzenie Przebudzenia Mocy. Oczywiście z zapasem. Doszło nawet do tego, że podczas wstawki chciałem poinformować asekurantkę o tym jak to czuję się wypoczęty. Na szczęście tego nie zrobiłem, bo mój lot poprzedzony poślizgnięciem się pod stanem byłby bardziej komiczny niż tragiczny. Sztuka pokonania całej drogi udała mi się jednak w następnej próbie, linię zrobiłem z zapasem i jedynie lekko nabitymi przedramionami. Niby fajnie, niestety na niedzielę zaplanowałem to samo na Pochylcu, co skończyło się czterokrotnym kopnięciem gąski w dupę. I wtedy do mnie dotarło…

Typowa rozrywka pod Pochylcem - wyścigi ślimaków

Typowa rozrywka pod Pochylcem – wyścigi ślimaków

Końca całej historii zapewne się już domyślacie. Po dogłębnym rachunku sumienia i psychoanalizie, z lekką pomocą słabego warunu („tak kontrolnie się wstawię, bo wszystko jedzie”), udało mi się uciszyć demona nakazującego „pokazywanie zapasu” i wpiąć do stanu mojego siódmego VI.7 – Batalionu Skała. Kluczem do zrozumienia tematu okazało się uświadomienie sobie, że ten pokaz siły nie był przeznaczony dla kolegów pod skałą, tylko dla samego siebie, by stłumić strach przed porażką.

I na koniec Tadek Kieniewicz na Onyksie za VI.5+

I na koniec Tadek Kieniewicz na Onyksie za VI.5+

P.S.
Flow oczywiście porusza dużo więcej kwestii niż wspomniana powyżej, ale o tym pisali już mądrzejsi ode mnie :).

Soczysty Sprint i inne…

Ktoś mi kiedyś zwrócił uwagę, że wszystkie sześć siódemki zrobiłem jesienią i miał rację…aż do zeszłej soboty :]. Schemat przełamany, a w kapowniku ląduje tytułowy Soczysty Sprint.

Soczysty Sprint VI.7, fot. M. Ostrowski

Soczysty Sprint VI.7, fot. M. Ostrowski

Droga rozwiązuje środek przewieszenia czołowej ściany Suchego Połcia i oferuje dość niespotykane jak na Jurę wspinanie – pozytywne krawądki w sporym przewieszeniu. Mimo 20 metrów wysokości Soczysty Sprint testuje raczej bulderowe zdolności. Kluczowa sekwencja mieści się w ok. dziesięciu trudnych ruchach, z czego trzy można uznać za ewidentny crux drogi. O włos od prowadzenia byłem już dwa lata temu niestety, w jednej z najlepszych prób uszkodziłem troczek w małym palcu i wstawki odpuściłem na ponad półtora roku.

Powrót nastąpił jeszcze przed zawodami w Łodzi. „Kontrolne” wstawki dały mi do zrozumienia, że jedyne czego potrzebuję do sukcesu to odpowiednia pogoda. Warunek nie tak łatwy do zrealizowania w niemal letnim sezonie. Na miejscu melduję się dwa tygodnie później. Pogoda sprzyja, choć widmo deszczu ciężko zwisa nad głowami. Na rozgrzewkę powtarzam Onyks, później wieszam ekspresy i w pierwszych kroplach deszczu zaczynam wstawkę. Niestety, zabrakło skupienia i po chwili jestem z powrotem na ziemi. Na następną próbę nie ma już szans, droga zalana. Ale nie wszystko stracone! Szybkie oględziny stron portali pogodowych dają szansę na wieczorne przejaśnienia. Plan jest więc prosty – szybki lunch i powrót na projekt. W tym miejscu powinienem chyba zareklamować naleśniki z dżemem w podzamczańskiej Stodole – trzy sztuki i projekt pada w pierwszej wstawce ;] Na deser prowadzę jeszcze bardzo przyjemną kombinację Loża Szyderców VI.5 i ciśniemy kibicować Biało – Czerwonym.

A wracając jeszcze do zawodów w Łodzi – wczoraj pojawił się świetny klip z finałów autorstwa Łukasza „Jankesa” Jankowskiego. Zapraszam więc do krótkiej video relacji:

A na koniec mała autoreklama. Pamiętacie poniższe zdjęcie? Ta skała to Dziewica na Kołoczku, a mój kadr został wybrany do reklamowania naszej polskiej Jury na wystawie CLIMBING GARDENS OF THE WORLD będącej częścią ogromnych targów IGA wystawianych od kwietnia do listopada w Berlinie.

Gdzieś tutaj nasza Jura ze zdjęciem Dziewicy :)

Gdzieś tutaj nasza Jura ze zdjęciem Dziewicy 🙂

Mistrzostwo Polski

Pamiętacie oscarowy film Slumdog? Główny bohater, młody chłopak bierze udział w „Milionerach” i ku ogromnemu zdziwieniu publiczności (i prowadzącego) odpowiada na kolejne, coraz trudniejsze pytania. Wydawać by się to mogło niemożliwe, jednak reżyser na bieżąco ukazuje nam sceny z przeszłości chłopaka, dzięki którym młody Hindus poznał te wszystkie, niezwykle trudne odpowiedzi. Chyba nie muszę mówić jak film się kończy…

Nadal ciężko uwierzyć :)

Nadal ciężko uwierzyć 🙂

Skąd ta historia? Bo tak właśnie czułem się w niedzielę, jako jedyny topując dwa, dające Mistrzostwo Polski Bouldery. Pierwszy z nich – trickowy start na „rozpieraczkę” pomiędzy dwoma strukturami. Wtedy jeszcze tego nie zauważyłem, ale poranne zakwasy w barkach dały mi do zrozumienia, że był to ruch angażujący te same mięśnie ramion co wałkowane przeze mnie od lat stanie na rękach. Chwilę później trochę „normalnego” wspinania i nagle znalazłem się nieopodal topowej struktury, bez konkretnego planu co zrobić dalej… Zacząłem od oceny sytuacji i wtedy w ciągu ułamku sekundy zadziało się kilka rzeczy. Najpierw usłyszałem z publiczności głośny doping i krzyk „dawaj, 5 sekund!!!”, następnie pojawiła mi się w głowie scena z niedawnych finałów Pucharu Świata w Chinach gdzie Tomoa Narasaki, na 3 sekundy przed końcem czasu, zamiast giełgać po paczce jak w poprzednich próbach stwierdził, że nie ma już nic do stracenia i wystrzelił petardę w stronę topowej klamy (z sukcesem). Trzecie wydarzenie było oczywiście wywołane dwoma poprzednimi i sekundę później ląduję dwoma rękami na topie, krzycząc chyba głośniej niż sam Tomoa. ;]

"Ten" moment, fot. Kuba Pawlusiński‎

„Ten” moment, fot. Kuba Pawlusiński‎

Na drugim z pokonanych przeze mnie i ostatnim z czterech finałowych problemów cała akcja rozegrała się w zasadzie na dołożeniu do topu, które polegało nie tyle na utrzymaniu nietrzymalnego placka co na złapaniu no hand resta czyli stabilnej pozycji na ścianie, bez użycia rąk. I co? Chwile po sukcesie dociera do mnie, że była to przecież dokładnie taka pozycja jak dwa tygodnie temu na jednej z piękniejszych jurajskich sześć trójek – Tańcu ze Słoniem, gdy dla zabawy postanowiłem poszukać no handów i po długim kombinowaniu, stojąc na prawej nodze udało mi się złapać niemal identyczną pozycję do tej z niedzielnych zawodów.

Wyniki finału

Wyniki finału

Widzicie już analogię do filmu? A może to jeszcze szok i gadam od rzeczy ;] Gratulacje dla wszystkich startujących, a w szczególności dla moich klubowych kolegów Szymona i Mikołaja za wspólne obsadzenie całego podium. Całe męskie pudło dla ukochanego klubu, couldn’t be better! #UKArules