Miesiąc: Kwiecień 2013

Rzędki

Jechać czy nie jechać? Przez cały miniony tydzień zadawaliśmy sobie to pytanie, nerwowo spoglądając na mało optymistyczne prognozy. W końcu decyzja zapadła – jedziemy choćby miało lać cały weekend, w końcu kiedyś trzeba zainaugurować jurajski sezon.

Justa podczas patentowania magnetowidu

Justa podczas patentowania magnetowidu

Jak widać było warto. Zamiast zlewy przywitała nas świetna pogoda i suche skały. Oczywiście nie byłoby rozpoczęcia sezonu bez Rzędkowic i Lechwora.

Ewcia na rozgrzewce

Ewcia na rozgrzewce

Zaczynamy klasycznie, a zaraz potem robi się trochę bardziej sportowo. Przemo prowadzi życiówkę utrzymując klamę na Dewastatorze za VI.5+, ja w dwóch próbach rozprawiam się z pobliskim Powrotem Casanowy za VI.5 i powoli zaczynamy się zbierać. W końcu najważniejsze jeszcze przed nami.
Hitem wieczoru okazują się banany z czekoladą podgrzane na ognisku.

OgniskoNiedzielna aura przechodzi nasze wszelkie oczekiwania, błękitne niebo bez ani jednej chmurki i temperatura sięgająca 20 stopni, nic tylko się opalać. I znowu Rzędki 🙂

Wojtas i jego kursanci

Wojtas i jego kursanci

Dziś trochę bardziej leniwie, w końcu podczas wspinu opalają się tylko plecy 😉 W przerwach między kąpielami słonecznymi rozprawiam się z kolejną szesćpiątką, prostowaniem rzędkowickiego klasyka Manitua o adekwatnej do warunu nazwie – Żar tropików. Ładna i długa droga, a wydaje mi się, że niezbyt popularna…

Jasiek na "Skorku"

Jasiek na „Skorku”

Z mocno spieczonymi plecami, wpadamy jeszcze do słynnej włoskiej knajpy w Żarkach i nową ekspresówką po nieco ponad 2godzinach dojeżdżamy do Warszawy. Rozpoczęcie sezonu zaliczam do wyjątkowo udanych.

A już za tydzień – premierowo – FRANKENJURA!!!

Sperlonga

DSC_0176_1 copyW Polsce mrozy i śnieżyce nie do wytrzymania, jedynym ratunkiem był wyjazd w westowe skały… Padło na włoską Sperlongę. Bilety są, plecaki spakowane i już słuchamy obwoźnego straganu na pokładzie samolotu uznanych linii Ryana. Konrad, Kwiato i ja, a za dwa dni dolatują Kuba i Hania z Trójmiasta.

No hand rest na Cavalieri selvaggi 8a+, fot Kwiato

No hand rest na Cavalieri selvaggi 8a+, fot Kwiato

Po wylądowaniu Wieczne Miasto wita nas doskonałą pogodą. Teraz tylko pociąg, samochód, nocleg w przyczepie, 279 schodków i już ciśniemy na wspin.

Niestety w kolejnych dniach aura nie zawsze bywa łaskawa. Pojawiające się od czasu do czasu deszcze skutecznie ograniczają możliwość odhaczenia dróg wychodzących z groty, co jednak owocuje solidnym przedsezonowym rozwspinem na nieco łatwiejszych propozycjach rejonu.
Konrad i Hania pokonują życiówki ( odpowiednio 7b i 6c+), a reszta teamu zeruje grotę ze wszystkich dróg do 8a+ włącznie. Ciekawscy konkretnych cyferek wszelkie dane znajdą tutaj(8a.nu).

Nie rozpisując się zbytnio, odsyłam was od razu do kapitalnej  relacji z wyjazdu pióra Hani, a jako dopełnienie zapraszam do poniższej galerii zdjęć (po prawej pod każdym zdjęciem jest możliwość powiększenia, polecam bo galeria trochę okraja z jakości).