Fontainebleau

Długa relacja z krótkiego wyjazdu.

Sobota. Nasz pierwszy dzień w Bleau. Nie bardzo wiemy za co się zabrać więc ulegamy namowom rezydującej już od tygodnia ekipy Kubykuby i przed południem lądujemy na parkingu pod Franchard Isatis. Kolejne godziny to totalny amok, czuję się jak dziecko wypuszczone na wielki plac zabaw. Początek niby nieśmiały. Na pierwszy ogień idą trójki (tak trójki – francuskie 3a, 3b i 3c), potem czwórki i piątki ale już po godzinie atakujemy wszystko co mamy w zasięgu wzroku (i na czym dajemy radę odpalić). Najbardziej oczywiście przyciągają mega estetyczne klasyki, szybko pokonuję Little Karmę za 7a+, a parę skoków później pada tak samo wyceniona bańka – Vin Rouge. Chwilowe załamanie pogody uspokaja nas tylko na moment, bo wraz z końcem przelotnego deszczu pojawia się Kuba i wysyła mnie na flasha na technicznym Dune. Niestety, zamoknięty topowy oblak wyślizguje mi się spod dłoni i trzecia 7a+ w Bleau pada w 2pr. Czy to koniec wrażeń? Nic bardziej mylnego. Następne w kolejce czeka idące kantem dachu 7a. Wymagające haczenie pięty siada mi dość szybko, bald puszcza, a po opatentowaniu siłowego dojścia pada El Poussah Rallonge, moje pierwsze 7b w piaskowcu! Potem starcza mi jeszcze sił na Panzer 7a i nie starcza techniki na przepiękny kancik L’Angle Bens ;). Na kwaterkę wracamy w opłakanym stanie fizycznym, jednak żaden ból skóry czy pleców nie zdejmuje nam z twarzy uśmiechów po rewelacyjnej bulderowej zabawie, bo chyba to słowo najlepiej określi nasze wyczyny pierwszego dnia.

fot. Grzesiek

Drugi dzień zaczynamy mniej uśmiechnięci, może dlatego, że opadły emocje, a ból skóry i pleców zaczął trochę bardziej doskwierać (teraz pewnie rodowici bulderowcy i weterani Bleau szyderczo się uśmiechają). Mimo tych przeciwności, zgodnie z maksymą co cię nie zabije to cię wzmocni zaciskamy zęby i napieramy na kolejne problemy w Isatisie. Maciek rozprawia się ze słynnym Isebergiem (7a+), a ja do wykazu dokładam Abdolobotomy 7a, Plastikman 7a, Le Surplomb Feuilleté 7a i flashuje trawers Vitae o tej samej wycenie. Plastikmana pokonuje również Maciek, a Abdolobotomy i Vitae wciąga też Tomek.

W rest budzimy się nie tyle połamani co z totalnym brakiem skóry, która jak się później okaże nie wróci już do stanu umożliwiającego swobodne wspinanie dwa dni pod rząd… Ale jeszcze o tym nie wiemy, więc wybieramy się na „restowe” oglądanie bulderów. Do tego dochodzi zwiedzanie Fontainebleau, gry w planszówki, jak zawsze wciągający „Hirołsi III” i rest szybko dobiega końca.

Dzień IV – totalna destrukcja skóry. Dziś wybieramy chyba najsłynniejszy rejon Bleau – Bas Cuvier. Szczegółowe studiowanie przewodnika i filmików procentuje i na miejsce docieramy z czymś w rodzaju wstępnego planu działania. Rozgrzewka jak zwykle radosna ale już pod jej koniec zdajemy sobie sprawę, że właśnie skończyła nam się skóra. I jak tu napierać? Zaciskając zęby flashujemy z Maćkiem dynamiczne 7a – Charcuterie, a ja chwilę później rozprawiam się z klasykiem sektora czyli Carnage 7b+… i to by było na tyle, skóra zaczyna krwawić. A może jednak? Nie dając za wygraną plastruję co gorsze opuszki i po jakimś czasie pada L’Aérosol, a następnie L’Aérodynamite, obie za 7b+. No teraz to już na serio koniec, wracamy na gigant obiad i francuskie wino.

fot. Grzesiek

fot. Grzesiek

Piąty i szósty dzień to totalne załamanie pogody, niezbyt intensywne ale długotrwałe opady zatrzymują nas na pełne dwa dni. Jedyna zaleta tej sytuacji to, że wykończona skóra będzie miała chwilę oddechu.

restowe rozrywki

restowe rozrywki

Dzień VII. Pora na spróbowanie czegoś trudniejszego, tym bardziej, że nauczeni doświadczeniem z poprzednich dni nie chcemy się totalnie zajechać, w końcu jutro też ma być wspin. Kilka wstawek w 1-2 projekty powinno być ok. <6 godzin później> Totalna destrukcja skóry vol.2, projekty nie padły, do wykazu dopisuję kolejne dwie 7a i dwie 7b. Ostatnie wstawki odbywają się w świetle czołówek, a większość z nas próbuje zatamować cieknącą z opuszków krew zatapiając dłonie w magnezji lub własnych spodniach :).

fot. Grzesiek

Maciek ciśnie po zmroku

Sobotni poranek rozwiewa nadzieje o dokończeniu projektów, regularna zlewa odsyła nas do domu. Wracając zahaczamy jeszcze o Paryż (Zabytki? Nieeee, tylko zakupy w sklepie wspinowym 😉 ).

Pogoda wygania nas z Bleau

Statek kosmiczny na Sekwanie

W drodze powrotnej wymieniamy spostrzeżenia jako, że dla każdego z nas był to pierwszy kilkudniowy wyjazd na buldery i oczywiście pierwszy do Bleau. Między licznymi pochlebstwami na temat urody przystawek, dostępu do skał czy niemal nieskończonej ilości kamieni padły jedynie dwa słowa krytyki: pierwsze czyli „skórożerność” jest chyba nieodłącznym elementem skalnego bulderingu, a drugie – słaba tolerancja piaskowca na wilgoć to natomiast argument wycelowany nie tylko w Fontainebleau ale i we wszystkie piaskowcowe rejony. Cóż, nie może być w końcu idealnie :). Na pewno jednak największy i ponoć najlepszy na świecie rejon bulderowy wiele nas nauczył, a także przypomniał jak ważną rolę we wspinaniu pełni technika.

P.S. Jeśli komuś z nas uda się przebrnąć przez dziesiątki gigabajtów materiału, to za jakiś czas powinna pojawić się krótka, filmowa relacja z wyjazdu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s