Last Round, Last Minute…

I jak tu w paru zdaniach opisać 2 tygodniowy wyjazd!? Pomocne okazać by się mogły zdjęcia, ale oczywiście zamiast doskonalić swój fotograficzny warsztat wolałem w nieskończoność wizualizować ruchy na drogach, pracować nad perfekcyjną opalenizną i godzinami dywagować o wyższości mielonego mięsa nad tuńczykiem z puszki… Jeśli ktoś zastanawia się gdzie tym razem nas wywiało to odsyłam do zeszłorocznego wpisu – Saint Léger – wspinaczkowa perła Prowansji.
No dobra, ale o co chodzi z tym tytułem? Pomysł podrzucił mi Maciek, zainspirowany burzliwymi wydarzeniami ostatniego dnia wyjazdu…
Wszystko zaczęło się parę dni wcześniej podczas wyboru projektów na drugą cześć wyjazdu. Ja bez wahania uderzyłem na 40 metrową perełkę sektora Face Est czyli Le Nabab za 8b+, Maciek i Konrad wybrali największy klasyk St. Léger czyli FFMeuh za 7c+, a Łukasz bezpiecznie postanowił na niczym dłużej nie przysiadać.

Środkiem tej groty idzie Le Nabab

Środkiem tej groty idzie Le Nabab

Kolejne dni przebiegały po naszej myśli. Zarówno u chłopaków jak i na mojej drodze ruchy nie stanowiły problemu, do sukcesu brakowało jedynie wytrzymałości. Chwilę później, w obliczu obolałych przedramion i pozrywanej skóry na opuszkach, końcówkę wyjazdu postanawiamy przewspinać w systemie 1/1, czyli dzień wspinania i dzień restu. Pomysł o tyle trafiony, że każdego z dni wspinaczkowych będziemy w najlepszej dyspozycji, ale tracimy też jeden dzień na wstawki i cała akcja będzie się rozgrywać ostatniego dnia.

Konrad na FFMeuh, fot Maciek Ostrowski

Konrad na FFMeuh, fot Maciek Ostrowski

W piątek budzimy się wypoczęci, pogoda nie najgorsza, choć co niektóre z chmur są podejrzanie granatowe. Plan jest taki: jemy śniadanie, pakujemy wszystko poza plecakami na wspin, robimy projekty tuż po rozgrzewce, potem kilka zdjęć i wczesnym popołudniem zahaczając o pizze wyruszamy w trasę do Polski. Rzeczywistość niestety okazała się mniej kolorowa ;] Pierwszy w drogę startuje Konrad, idzie bezbłędnie. Poza głośnym dopingiem, wymieniamy z podziwem uwagi „ale moc”, „ zrobi na miękko”, itd. Niestety, Konrad łapie „klamę z której się nie spada” i ku zdziwieniu wszystkich pod ścianą, postanawia spaść ;]. Teraz moja próba. Czuję moc jak nigdy i… i spadam w cruxie, Maciek podobnie, no nic mamy jeszcze spokojnie po dwie próby, które…… pominę i płynnie przejdę do trzecich, teoretycznie ostatnich, bo stawiamy wszystko na jedną kartę i restujemy po 2-3godziny aż do ok 18. Przerwa się opłaca, Konrad topuje FFMeuch, swoją życiówkę. Z Maćkiem stwierdzamy, że sukces odczarowany. Wbijam w drogę, czuję się trochę gorzej niż w pierwszej wstawce, ale cisnę a muerte! Przechodzę crux z lekkim zapasem i ląduję w reście, 35m nad ziemią. Teraz jeszcze 8 ruchów za ok 7b+ i końcowe klamy. Czuję się świetnie, w powietrzu unosi się zapach sukcesu, wchodzę w końcową sekwencję, jeszcze 5 ruchów, trzy, jeden. Nagle wyjeżdża mi noga, jestem w sporym przewieszeniu, więc ciało jak z procy ustawia się w poziomie, chwyty przestają pracować i po 10metrowym locie zdzieram sobie gardło wykrzykując różnorakie epitety. Z dołu poza milczeniem chłopaków słyszę uśmiechających się z politowaniem Francuzów. Nie wierze, że to się stało. Przez 15lat wspinania popełniałem różne błędy, ale ostatniego dnia wyjazdu, w ostatniej próbie na ostatnim, już nie trudnym ruchu??? Idę łapać Maćka, który po rewelacyjnej walce wpina się do łańcucha 7c+. Jest już po 19. Chłopaki robią ostatnie wstawki w zaległe „łatwiaki”, a ja podejmuję decyzję, że jeśli mam wyjechać bez drogi to przynajmniej z poczuciem, że dałem z siebie absolutnie wszystko. Czekam do 20:30, startuję w półmroku, ale chwyty jeszcze dobrze widać. Przechodzę pierwsze trudności, ok 8b zakończone dobrym restem. Staram się nie myśleć o niczym innym niż o kolejnych ruchach. Wchodzę w cruxa, chłopaki i francuzi zaczynają się drzeć. Tym razem nie jest tak łatwo, każdy ruch robię na granicy możliwości i znowu ląduję w Klamach nad którymi spadłem 2godziny temu. Tej okazji już nie zmarnuję, czekam aż zbułowanie zejdzie z przedramion. Temperatura lepsza niż idealna. Już mam startować gdy z dołu słyszę ciche „o nie”. Nad głową rozlega się szum deszczu… Szybka analiza sytuacji i stwierdzam, że to raczej dobry omen niż zrządzenie losu. Ruszam, dochodzę do ruchu z którego spadłem, dokładam rękę, teraz już nic mnie nie powstrzyma. Sięgam do topu, wpinam linę i krzyczę w niebogłosy. Nominalnie Nabab nie jest moją najtrudniejszą drogą w dorobku, ale mentalna walka jaką musiałem stoczyć stawia ją na samej górze mych skalnych zdobyczy. Wybiła 21. Schodzimy ze skał i wsiadamy do auta. Odpalam silnik i w tym momencie następuje oberwanie chmury. Last round, last minute :]
No dobra, a jak wyglądaliśmy po zjechaniu z dróg? Ja z Maćkiem tak:

fot + edit Maciek Ostrowski

fot + edit Maciek Ostrowski

A Kondor tak:

fot + edit Maciek Ostrowski

fot + edit Maciek Ostrowski

😀

Obiecana pizza, fot. Maciek Ostrowski

Obiecana pizza, fot. Maciek Ostrowski

Prywatny prysznic

Prywatny prysznic


DSC_0057_1 DSC_0090_1 DSC_0154_1 DSC_0131_1 DSC_0147_1 DSC_0215_1 DSC_0298_1 DSC_0314_1 DSC_0345_1 DSC_0327_1

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s