Zdjęcia

Fotografia okiem wspinacza

Autoportret – teraz mawiają na to selfie 😉

Autoportret – teraz mawiają na to selfie 😉

Urodzony w analogowych latach 80-tych, większość życia spędziłem jednak w erze cyfrowej i właśnie z tej ery pochodzą moje pierwsze wspinaczkowe doświadczenia z fotografią.
Na początek proponuję małą podróż w czasie. Mamy rok 2005, a ja jako 16-letni członek Agamy wybrałem się razem z sekcją na wakacje do francuskiego Ailefroide. Rodzice chyba darzyli mnie sporym zaufaniem, bo do wyjazdowej wyprawki dołączyli mi swojego świeżo zakupionego, cyfrowego Olympusa. Pomysł rewelacyjny, jednak szybko się okazało, że na mojej (całkiem pojemnej jak na tamte czasy) 128mb karcie pamięci zmieści się mniej więcej tyle samo zdjęć co megabajtów. Sto trzydzieści zdjęć na trzy tygodnie wyjazdu?! Teraz byłoby to nie do pomyślenia, nawet z telefonem w roli aparatu, jednak wtedy zaowocowało to czymś co po dziś dzień uważam za swoją najlepszą fotorelację z tripa i jeśli miałbym kogoś zapraszać na pokaz slajdów, to folder Ailefroide05 prezentowałoby mi się najłatwiej.

Ailefroide 2005, prawie wszyscy z tego zdjęcia nadal się wspinają!

Ailefroide 2005, prawie wszyscy z tego zdjęcia nadal się wspinają!

Trochę odbiegłem od tematu tego tekstu, powyższa historia miała jednak na celu ukazanie Wam jednej z ważniejszych rzeczy w fotografii, nie tylko tej wspinaczkowej. Chodzi o dbanie o każdy kadr. Oczywiście, zarówno 16letni jak i obecny Stefan mógł sobie strzelić kilka ujęć danego fotografowanego obiektu, a później metodą eliminacji wybrać najlepszy i jest to niewątpliwie jedna z największych zalet fotografii cyfrowej. Wierzcie mi jednak na słowo, że jeśli przed każdym wciśnięciem spustu migawki wyobrazicie sobie, że efekt swojej pracy zobaczycie dopiero po wywołaniu kliszy, to zastanowicie się trzy razy czy aby na pewno dane ujęcie chcecie złapać tak a nie inaczej, co z pewnością przełoży się na wyższą jakość finalnego dzieła.

2013 rok, Góra Zborów – czasem warto też być w odpowiednim miejscu i czasie

2013 rok, Góra Zborów – czasem warto też być w odpowiednim miejscu i czasie

Zostawmy jednak za sobą ten przydługi wstęp i przejdźmy do rzeczy. Zostałem w końcu poproszony o opisanie pracy fotografa-wspinacza (kolejność losowa ;]) na wyjazdach w skały. Jeśli czytacie ten tekst od początku to pewnie już się zorientowaliście, że nie podchodzę do tematu sztampowo. Nie znajdziecie tutaj złotych porad jak zrobić zdjęcie na okładkę „Gór”, „BUKI” czy na profilowe na fejsie. Najważniejszą poradę zamieściłem we wstępie, a dalej skupię się raczej na ukazaniu mojej pracy od kuchni.

Ta sama skała (Dziewica) ale z drugiej strony. W akcji Arek Smaga.

Ta sama skała (Dziewica) ale z drugiej strony. W akcji Arek Smaga.

Opis klasycznego dnia zacznę od tego co najgorsze – podejścia. Jako klasyczny wspinacz sportowy, wychowany na zasadach prawdziwego warszawskiego samuraja Remiego (nadal dzierży najwyższą Warszawską cyfrę, więc jest od kogo się uczyć) staram się kumulować życiową energię na wspinanie, a nie trwonić ją na inne aktywności jak np. bieganie czy podejścia. Dlatego też w Ceuse byłem tylko raz i tylko 4dni i dlatego cierpię podwójnie każdego dnia dźwigając cały foto sprzęt pod skałę. Nie mogę jednak dopuścić do sytuacji, że umknie mi kadr życia, więc aparat mam zawsze ze sobą! Do tego małpa, taśmy, czasem druga lina itp., wiadomo. Kiedyś zdarzyło mi się nawet zabierać dodatkowe ciuchy dla „modela” w razie gdyby pojawił się w niewyjściowych 😉

Dwójka moich ulubionych modeli – Ewcia i Konrad :]

Dwójka moich ulubionych modeli – Ewcia i Konrad :]

Kolejna kwestia – małpowanie. Jak wiadomo im wyżej jesteście (Ty i wspinacz) tym lepiej, przynajmniej zazwyczaj. I tutaj pojawia się częsty dylemat fotografa. Czy zrobić średnie fotki z tej krótkiej drogi/ dolnego cruxa, czy raczej stracić nogi, chęć do życia i czas na wstawkę na pałowanie 40metrów w poszukiwaniu ujęcia idealnego. Nie wspominając już o czasie spędzonym we wżynającej się w uda i biodra uprzęży. Dodatkowo nie raz spotkałem się z sytuacją gdy wspinacz hacząc drogę do miejsca przeze mnie wyznaczonego, nie był w stanie porobić sekwencji mimo, że całość przeszedł w ciągu nie dalej jak dwa dni temu. I wtedy czekamy, a krew z nóg powoli odpływa i to słońce świeci tak mocno… Na domiar złego jakiś upalony Hiszpan, wykrzykuje na dole że mu blokujemy projekt, a jechał na niego z domu aż półtorej godziny. No nic, drugi raz tu nie wylezę, więc ignorując narwańca i jego szczekającego psa staram się w pozycji klucza wiolinowego – z głową do dołu, biodrem zatartym o tufę i nogą podhaczoną o ekspres z drogi obok – znaleźć idealną pozycję do tego jedynego kadru.

Julka na zdjęciu z zeszłych wakacji, a za obiektywem ja wisząc do góry nogami…

Julka na zdjęciu z zeszłych wakacji, a za obiektywem ja wisząc do góry nogami…

Ostatecznie ogłaszam sukces, zjeżdżam na ziemię i po 15min przerwie na odzyskanie czucia w nogach zabieram się powoli za powrót do baru na obiecane mi za zdjęcia zimne piwo – w końcu wspinać się już nie dam rady. Sesja skończona, pozostaje jeszcze tylko spędzić 5godzin w „cyfrowej ciemni” zastanawiając się czy balans bieli na skali od 1 do 10k ustawić na 3250 czy 3255 i owoce pracy gotowe. Wysyłam je do modela i w duchu liczę, że po trafieniu do internetów zostaną przynajmniej podpisane…

Na szczęście nie zawsze trzeba gdzieś małpować żeby ustrzelić dobry kadr. Na zdjęciu Kipras Baltrunas w finale warszawskich zawodów Bloco Masters 2016.

Na szczęście nie zawsze trzeba gdzieś małpować żeby ustrzelić dobry kadr. Na zdjęciu Kipras Baltrunas w finale warszawskich zawodów Bloco Masters 2016.

Na koniec, zrywając już z lekko satyryczną konwencją, chciałbym bardzo podziękować wszystkim tym, którzy zgodzili się zostać uwiecznionymi na moich zdjęciach. Wiem, że i dla was nie rzadko wiązało się to z dużym wysiłkiem, ale mam nadzieję, że było warto. Do zobaczenia na następnych wyjazdach!

P.S.
Powyższy artykuł ukazał się w styczniu tego roku na łamach Crag Magazine.

Eksploracyjny weekend

Cóż to był za weekend! Doskonała pogoda, świetne warunki do wspinania, piękne jesienne krajobrazy, doborowe towarzystwo i eksploracja nowych rejonów. Czego chcieć więcej? 🙂

Dziewica

Dziewica

Sobotę zaczęliśmy dość niepozornie, odwiedzając stary dobry Kołoczek. Chłopaki ruszyli na słynną Skorkówkę, a ja za namową Maćka poszedłem zerknąć na Dziewicę od strony zachodniej. I nagle niespodzianka! Moim oczom ukazuje się 20metrowa ściana z kilkoma imponująco prezentującymi się liniami. Na pierwszy ogień wszyscy trzej robimy Filar Marcisza za VI.3. Droga mimo nazwy nie wiedzie filarem, ale ciągiem małych rysek oferując techniczne wspinanie (haczenia pięt!) i ciąg od pierwszej wpinki aż do stanowiska.

Arek Smaga i Filar Marcisza – VI.3 fl

Arek Smaga i Filar Marcisza – VI.3 fl

Po ściągnięciu ekspresów przenosimy sie obok na nie mniej imponujący filarek. Nie dla peca ta kieca oscyluje trudnościami wokół VI.5/5+ i oferuje tym razem raczej bulderowe, ale nie mniej techniczne wspinanie po obłych odciągach.  Z drogą rozprawiam się w drugiej, a chłopaki w trzeciej próbie. Co więcej okazuje się, ze dla Arka była to życiówka jednak po wpięciu się do stanu powstrzymał okrzyk radości tłumacząc się słowami „…czułem, że mi się należy” ;]

Jest i nagroda

Jest i nagroda

W niedzielę startujemy bardzo leniwie. Być może ma to związek z imprezą UKA, na której poprzedniego dnia balowaliśmy do nocy… W każdym razie po dużym śniadaniu i dwóch kawach już o 13 jesteśmy w Łężcu… Gdzie?! No właśnie. Łężec to grupa skał położona tuż przy ośrodku w Morsku. Parkujemy na terenie hotelu i po 150metrach czerwonego szlaku jesteśmy już przy pierwszej ścianie. Mniej leniwi mogą też podejść od słynnej wiaty ok 8minut pod górę, równolegle do stoku narciarskiego.

Maciek Bukowski podczas przejścia Bożej inwazji VI.5+

Maciek Bukowski podczas przejścia Bożej inwazji VI.5+

Na miejsce dotarliśmy za namową Janka Sokołowskiego, który otworzył tutaj nową, trudną drogę. Boża inwazja okazuje się prawdziwą petardą! Bardzo nietypowa dla Jury skała. Na starcie wita nas pięcioruchowy estetyczny bulder zakończony efektowną bańką. Ruchy rodem z Ceuse. Dalej następuje rest i drugi, bardziej techniczny crux zakończony dynamicznym ruchem do klamy. W tym miejscu droga się nawet lekko przewiesza. Ostatnie metry to swoista nagroda za przejście trudności, duże zaginające się miski prowadzą nas wprost pod łańcuch. Robiąc pierwsze (Maciek) i drugie (Ja) powtórzenie drogi, potwierdzamy autorską wycenę VI.5+ podobnie jak autor zachęcając do wstawek, naprawdę warto!

Tuż przed zachodem słońca Maciek wiesza jeszcze ekspresy na innej, nie mniej imponującej nowości. Bruno & Toni za VI.5+ udaje mi się wciągnąć w drugiej próbie przy ostatnich promieniach słońca. Wielkie gratulacje dla Przemka Mizery za odkrycie tej linii! A jaki ma charakter? Podpowie wam zdjęcie poniżej ;]

Maciek podczas próby na Bruno & Toni – nie, to nie fotomontaż ;)

Maciek podczas próby na Bruno & Toni – nie, to nie fotomontaż 😉

Po trzech miesiącach przerwy od Jury, dostaję prezent w postaci dwóch wspaniałych weekendów i coraz mniej dokuczającej kontuzji. Oby pogoda utrzymała się jak najdłużej to może uda mi się jeszcze powalczyć na czymś trudnym…

BUKA plus zapowiedź

Uff, właśnie wysiadłem z samolotu z Sardynii i od razu zabieram się za zaległości. Co prawda ten post miał się ukazać jeszcze przed wyjazdem ale cóż, prowadzenie sekcji wspinaczkowych połączone z intensywnym przygotowywaniem Makaka do oficjalnego otwarcia (czytaj – kręcenie dróg) skutecznie ograniczyło mój czas wolny.

W każdym razie jeszcze w kwietniu pojawił się tegoroczny, szesnasty numer BUKI czyli Biuletynu Uniwersyteckiego Klubu Alpinistycznego, do którego lektury serdecznie zachęcam! Co znajdziecie na łamach BUKI? Jak ją bezpłatnie dostać? Odpowiedzi na te pytania znajdziecie tutaj, a tymczasem mała foto zapowiedź – kilka z moich zdjęć zamówionych do artykułu o treningu. Do przeczytania oczywiście w Buce :).

DSC_0150_1

DSC_0086_1

DSC_0065_1

W najbliższych dniach planuję też wrzucić (krótką?) relację z wyjazdu na Sardynię. Stay tuned!

Grota Millenium

Grota Millenium

Jak było na Sycylii?

Od powrotu pytanie to słyszałem już chyba 1000 razy i za każdym razem nie wiedziałem jak w dwóch/trzech zdaniach kompleksowo na nie odpowiedzieć.  Z pomocą przyszły mi zdjęcia…

A więc, jak było na Sycylii? Przede wszystkim ładnie…

Untitled-1

…było też bardzo wakacyjnie…

 Untitled-2

…klimatycznie…

 Untitled-3

…no i zdecydowanie wspinaczkowo!!!

Untitled-4

Godziny spędzone na >100 ruchowych obwodach + pochylcowy rozwspin dały efekt i w Sycylijskim San Vito udało mi się wciągnąć 3x 8a OS i wiele łatwiejszych.

Na koniec trochę reklamy – właśnie wyszedł kalendarz PZA na rok 2014. Na jego okładce widnieje zdjęcie Marcina „Śruby” Ciepielewskiego zrobione mi niegdyś w Tarnie, a lipiec „ozdabia” Konrad uwieczniony przeze mnie na Pochylcu. Kalendarz można nabyć tu – zapraszam 🙂

Jesienne zaległości

Uff, w końcu postawiłem ostatnią kropkę w pracy magisterskiej i mogę się zabrać za odkurzenie bloga. Ostatnie tygodnie były naprawdę pracowite i to (niestety) nie koniecznie pod kątem wspinaczkowym. Ale po kolei.

Pogoda za oknem nie pozwalała siedzieć bezczynnie!

Pogoda za oknem nie pozwalała siedzieć bezczynnie!

Na początku września udało mi się wydłużyć weekend i przyjechać na jurę już w piątek rano. Rozłożenie sił na trzy dni poskutkowało i wróciłem z pierwszym VI.5 OS i rewelacyjną linią Popielarki – Skrzydełkiem VI.5+/6 RP na koncie.

Adam na trzywyciagowym Małym Trawersie Apteki

Adam na trzywyciagowym Małym Trawersie Apteki

Potem były jeszcze wizyty na Suchym Połciu, Kołoczku, Cimach i oczywiście Pochylcu. Co ciekawsze przejścia to Pierdolony Ogranicznik VI.6 (przystawka po wybranych chwytach ale ciąg imponujący), Archaiczne Techniki Ekstazy VI.5+/6(fajna nazwa, straszny połóg) i Krzyk Wapienia VI.5+/6 w drugiej próbie.

Krzyk Wapienia x3, w akcji ja podczas przejścia, Janek tuż przed i Przemo podczas prób

Krzyk Wapienia x3, w akcji ja podczas przejścia, Janek tuż przed i Przemo podczas prób

No i w końcu przyszła jesień, a wraz z nią obrazy taki jak poniższy i sami rozumiecie, że zamiast łapać za sznurek wolałem łapać za aparat 😉

Dziewica

Dziewica

Samolot

Samolot

Napisałbym coś więcej ale niestety muszę się pakować. Jutro z rana Jura, a w poniedziałek lecę na Sycylię. Mam nadzieję, że będzie o czym pisać! Ciao

Foto reminiscencje

Minął już prawie tydzień(i to strasznie upalny) od powrotu, a ja dopiero teraz znalazłem chwilę żeby zabrać się do relacji z wyjazdu. Planowałem opisać wszystko po kolei. Że w tarnie rozpoczęliśmy rozwspin, że było tam strasznie gorąco, że drogi po 50m, że nie było wytrzymałości, że się udało 7c+ OSem, że Chomik, Ewa i Seba szybko sieknęli 7c i że dobre mają tam rogaliki. Chciałem też wspomnieć o autostopowej podróży Konrada z Lyonu do Millau w tempie zaledwie 36godzin, o tym że Chomik znienawidził Francuzów za ich drogie rowery na każdym rogu i o Kanadyjczyku i Libance mieszkających w Omanie. Miał się też przewinąć nasz kempowy sąsiad Harry, znienawidzone holenderskie dziecko-syrena i moje niezakończone sukcesem trzydniowe wstawki w 8b+ o nazwie Kurczak Curry. Potem miał być dłuższy fragment o Rodellarze, że byłem tam już piąty raz i nigdy nie widziałem tak mało ludzi, że temperatury były niższe niż w Polsce, że dobra ciabata, tanie paliwo, że płakałem że nie wziąłem knee padów, że Konrad rozwinął skrzydła i zrobił 2x 7b i jedno 7b+ i że reszta się zafiksowała na projektach, a czasu było za mało. Na koniec miałem zamiar jeszcze ponarzekać jak to w Polsce gorąco i zaprosić chętnych na sierpniowy kurs skałkowy na jurze.
W skrócie taki był plan na ten post, ale przed chwilą stwierdziłem, że po prostu wrzucę kilka zdjęć 🙂

1

Konrad pozdrawia z Tarnu

2

Les Vignes

3

Ewcia na 7a+

4

Kurczak Curry

5 6 7 8 9 10 11 12 13

14

Chomik walczy w stropie Familli Manson

15

Kalandraka

16 17 18 19 20 21
P.S. Zainteresowanych kursem skałkowym zachęcam do kontaktu!